Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie..
Przeplatająca się złotem, purpurą i wszelkimi odcieniami brązu jesienna aura, rozgwieżdżone nocą niebo i przenikający chłód..,(takie wahania pogodowe są dla mnie nadzwyczaj niekorzystne, co objawia się niezmiennie od lat - męczącym bólem gardła i katarem, z którym zmagam się od kilku dni).
Z wielką rozkoszą sięgnęłam po kubek ulubionej kawy z dodatkiem miodu, z której przez upalne dni zrezygnowałam.
Zaopatrzona w rozpierający humor, gorący, aromatyczny napój, wcześniej wślizgując się w gruby i miękki (byle nie gryzący w plecy i kark) sweter, z Mruniem-przytulaczkiem moim na kolanach (lub gdzieś obok), książką lub nową wizją projektu kolejnej sukienki. (W dalszej części tekstu, więcej o tym).
Jesień zawsze przypomina mi o tych, dzięki którym życie nie pędziło tak szybko, z którymi każda chwila była diamentowa, czas spowalniał, a nawet stawał w miejscu. Na moment. Jedyny i niepowtarzalny. Na zawsze zapamiętany.
Byłam pewna, że nigdy w życiu nie zaznam takiego odczucia.
Ile czasu musiało upłynąć, abym uwierzyła, że potrafię/mogę coś uszyć.. pokonać to, co mnie blokowało. Bardzo dużo.., za dużo.
Gdy miałam 7-12 lat, z ogromną ciekawością wkroczyłam do świata kolorowych nici, tasiemek, materiałów z nieograniczoną ilością wzorów i barw.
Miłość do szycia w dzieciństwie, zaszczepiła we mnie mama - w jej rękach igła z nitką, wyczyniają w większości, niepowtarzalne cudeńka.
Zapragnęłam i ja.. , więc po pewnym czasie, były różne próby i ich efekty - nie zawsze udane, ale sprawiające frajdę..
Z upływającym jak strumień czasem, bagażem ważkich wydarzeń - skutkujących w rezultacie moją wewnętrzną izolacją - zatraciłam zdolność/ chęć/ zamiłowanie - tak przynajmniej mi się wydawało.. :)
Nie wiem, co sprawiło tę wyjątkową, i niezwykle uszczęśliwiającą mnie zmianę..
Jedak cieszę się, że nastąpiła :)
Kolejny mały-wielki krok, który udało mi się uczynić w tej życia wędrówce.
Krok w bardzo pozytywną stronę.
Może sukienki nie są jakieś najcudowniejsze, co nieco im brakuje - ale, szycie ich sprawiało mi niesamowitą przyjemność.
No, ale.. wraca się do tego - co maluje uśmiech na twarzy i sprawia/ło wszechogarniającą radość.
>^.^<
*Pan Królik, gość nieoczekiwany, pojawił się między końcem pracy nad sofą, a rozpoczęciem szycia sukienek.
Sofa przed i po przemianie.
Sukienki.
Zostało sporo materiału, którym została "obita" na nowo sofa, więc aby się nie zmarnowało, uszyłam pierwszą sukienkę..(zdj.niżej). Jednakże, nie taki kierunek sobie wymyśliłam..
Uszycie "właściwej" (spełniającej moje wymagania/zamysł twórczy), przysporzyło mi niemały problem, gdyż za pierwszym razem stwierdziłam, że - to nie to, i zaczęłam wszystko od nowa.
Jednak, jeśli się coś kocha, to czasu spędzonego przy tym nigdy dość. Nigdy.
Bardzo jestem zadowolona z końcowego efektu.
Cerise Hood